Jacek Gąsiorowski

Najlepsze zdjęcia powstają z miłości. Pasja, emocje i zaangażowanie – to wszystko odnajdujemy w każdej jego pracy. O tym co naprawdę ważne w fotografii, w pierwszym prasowym wywiadzie, opowiada Jacek Gąsiorowski

Dokończenie rozmowy opublikowanej w DCP2/2011

Fotografujesz również dzieci, a to chyba  bardzo trudny temat. Na swojej stronie piszesz, że potrafisz do nich dotrzeć, i to faktycznie widać na zdjęciach. W czym tkwi sekret

Wszystkie dzieci są w pewnym stopniu podobne. Trzeba dziecko potraktować jak swoje, poczuć jego nastrój, w sensie, czy czuje się komfortowo, czy czegoś mu nie brakuje, musi mnie też trochę znać. To nie może być tak, że ja przychodzę po raz pierwszy i mówię: stań tutaj, bo tu ładnie wyglądasz, nie ruszaj się. Nie można dziecka zestresować, dla dziecka niezwykle ważne jest poczucie bezpieczeństwa. Ważna jest też moja relacja, z jego rodzicem. Jeśli widzi że zachowujemy się jowialnie, mamy przyjacielski nastrój, to dziecko akceptuje mnie jak członka rodziny. Wtedy w ogóle zaczyna się mną interesować, tym aparatem, tym, że tu jest migawka, tu jest obiektyw, a jak popatrzysz w ten obiektyw, to zobaczysz też moje oko. Ono mówi „o! Widzę oko!”, i ja w tym momencie niepostrzeżenie robię zdjęcie. Bo dziecko mi zajrzało w duszę i ja jemu, wykorzystałem ten moment.

Zaczęło się od zdjęć rodziny i znajomych?

Tak, z nimi ma się najlepszy kontakt, dlatego wychodzą tak intymne zdjęcia.

Zobaczyłeś , że feedback jest pozytywny i pojawiło się pytanie, dlaczego nie pójść w to dalej?

Tak, dlaczego z tym nie wyjść do świata. Większość komentarzy pod zdjęciami jest raczej pozytywna. To bardzo skromnie powiedziane! To nie jest tak, że wszystkie zdjęcia są genialne, ale kilka bardzo lubię, szczególnie to jedno, mojej córki, gdy ona jest w  basenie, to ze skrzydełkami. Ja sam nie mogłem długo dojść do siebie, że w ogóle taką sytuację zainscenizowałem, że Zosia tak popatrzyła, tak ułożyła dłonie. Niesamowite światło, dookoła są budynki i tworzy się taka studnia, która daje wspaniałe, lejące się z góry światło. Filmowa scena. Ja to przypiąłem do mojego ukochanego filmu „K-pax”. Tam bohater traci rodzinę i traci też zdrowie psychiczne. I dla mnie ten poziom emocji, który jest na tym zdjęciu, koreluje z tym filmem. To jest po prostu takie obłędne coś, co się czasem zdarza i nie mamy na to wpływu, nie wyreżyserujemy tego. Jakbyśmy byli doświadczeni i jak utalentowani, to czasem te magiczne chwile, one muszą po prostu same przyjść i się pozwolić doświadczyć.

Nie boisz się, że w momencie, gdy na poważnie zajmiesz się fotografią komercyjną, stracisz pasję?

Czuję to. Czuję, że to może się zdarzyć, dlatego też moja podświadomość, moja intuicja z tym związana nigdy mi nie dawała takiego przymusu, kopa, żeby się angażować np. w rynek fotografii ślubnej. Obserwowałem moich przyjaciół, znajomych bliższych lub dalszych, których życie zmusiło, by wybrali tę ścieżkę, i widziałem, że rzeczywiście później mieli problem. Pamiętają lata, w których fotografowali dla przyjemności, ale z drugiej strony tyle godzin wysiedzianych na sesjach i przy komputerze przy postprodukcji nie pozwala im się od tego psychicznie odseparować.

Czasem taki fotograf wpada w pułapkę, szuka coraz mocniejszych bodźców, nowych techniki

Miałem ten etap. Robię te kwadraty, i ok, mam już setny film, ileś zdjęć w swoim dorobku życiowym, no i co? No i tak dalej, i dalej to samo? No to szukamy tak? Szeroki format, polaroid, aż w pewnym momencie zacząłem się gubić, czym ja to chciałbym zrobić? W końcu pomyślałem sobie tak biorę tego „Hassela” (średnioformatowy aparat Szwedzko-Duńskiej firmy Hasselblad, przyp. Red.) nie dlatego, że to jest „Hassel”, że to jest snobizm i tak dalej, biorę go, bo od tego zaczynałem, pierwszy impuls, pierwsza miłość, i wiem, że przez następne 30 – 40 lat on będzie mi znakomicie służył. Zatrzymuję się świadomie na tym narzędziu. Moi znajomi zaczęli robić zdjęcia dużym formatem, Linhofem, Sinarem, to właśnie było to poszukiwanie, dążenie do tego, żeby jak najbardziej ograniczyć się technicznie, wciąż udowadniać sobie, szukać potwierdzenia, że potrafię zrobić to zdjęcie, a to nie o to chodzi. Jasne, że umiesz, nie musisz się potwierdzać.

Cyfra rozleniwia. Robimy w RAW-ie, nie przejmujemy się, nie myślimy o ustawieniach, mówimy sobie: „wszystko poprawimy później”, to chyba zła droga

I ci ludzie, którzy robią cyfrą, którzy nie przykładają się do ustawień, do kompozycji, zastanawiają się później, dlaczego to zdjęcie  nie wyszło. A oni muszą poświęcić ten czas obserwacji rzeczywistości, do momentu aż będą mogli powiedzieć: o! Widzę to! I spróbują przełożyć to później na kadr, prostokątny lub kwadratowy. Miałem taki etap, że dzieci mi przybiegały do tego „Hassela”, patrzyły z tyłu, bo chciały zobaczyć zdjęcie. I ja tłumaczyłem i dzieciom, i ich rodzicom, że nie powstanie dobre zdjęcie, jeśli będą za każdym razem przybiegać. Gdy robiłem cyfrą, chciały „już” zobaczyć efekt, potwierdzić, że dobrze wyglądają. Był taki moment, że chciałem zakleić ekran i już, ale na szczęście za chwilę pojawił się ten aparat analogowy.

Zdjęcia z analoga też skanujemy, i też możemy poprawiać je w Photoshopie. Retuszujesz swoje zdjęcia?

Staram się, żeby w 98 % ograniczać tylko do wyplamkowania, czyli usunięcia jakichś nieładnych artefaktów, gdy klisza jest źle wywołana i wykadrowania do pełnego kwadratu. Świadomie zostawiam tę ramkę i nie dlatego że jest to jakiś snobizm, tylko na zasadzie certyfikatu oryginalności – jeżeli ja pokazuję Wam zdjęcie razem z tą ramką, to znaczy, że ja po prostu w ten sposób to zdjęcie wykadrowałem, ja wyszukałem ten kadr, włożyłem w to ten mentalny wysiłek. Ja nie wyciąłem tego z większego obrazka. Notabene po to powstał kwadrat żeby go później ciąć, w gazetach standardem był format 3:2, miało to dać pewną swobodę w kadrowaniu.  Także ja tylko skanuję, przycinam i zmniejszam, czasem minimalnie wyostrzam o 0,3 piksela.

Wróćmy do zdjęć. Równie dobrze jak portrety wychodzą Ci krajobrazy. Są dwie szkoły, jedni mówią, że element ludzki jest jak najbardziej pożądany, daje skalę, wzbogaca krajobraz, druga, i wydaje mi się, że Ty do niej należysz, raczej się temu sprzeciwiasz

Tak, bo te krajobrazy to jest taka moja tęsknota, za wewnętrznym Zen, to jest portret przyrody, portret świata, portret bez człowieka. Ja jestem za oddzieleniem tych dwóch światów. Gdy fotografuję człowieka, to jestem na nim skupiony. A jeśli fotografuję krajobraz, to tam człowieka ma nie być. Mogą być artefakty jego działalności w postaci właśnie traktora czy przyczepy kempingowej, natomiast ma to być świat wyzuty z człowieka. Może nawet trochę postapokaliptyczny. To znaczy on był, zostawił swoje walizki i nie wiadomo kiedy wróci. Być może jest to też kwestia mojej natury, w ten sposób odpoczywam. Pracując w reklamie, w korporacji, trudno nam później jeszcze przyswajać człowieka w swoim własnym, prywatnym czasie. Uciekałem zawsze od tego i gdy wyjeżdżałem gdzieś w plener, to dla mnie czysta linia horyzontu była czymś magicznym, czymś co mnie wzruszało, przy czym medytowałem, przy czym się relaksowałem i nabierałem energii. I tak naprawdę robiłem te zdjęcia po to, żeby później do nich wracać, stanowiły dla mnie formę relaksu.

Odrobiłem lekcje, prześledziłem komentarze pod Twoimi zdjęciami i oto co znalazłem: „samotność, pustka, Twoje kadry przyjemnie wyciszają, Ciekawy ładunek emocjonalny, obrazy, które dają spokój, przyjemny klimat, pomimo lekkiego chłodu zdjęcia są pozytywne”

To jest właśnie to co czułem, to czego poszukiwałem, to jest moje własne, wewnętrzne, prywatne, wyjeżdżałem za miasto i tam odpoczywałem.

Ale to nie tylko górskie czy nadmorskie sceny. Robisz też miejskie krajobrazy i to są takie właśnie postapokaliptyczne, jak je nazwałeś wizje, można odnieść wrażenie, że w tym mieści nikt nie mieszka

Widocznie w istocie jestem bardzo samotnym człowiekiem (śmiech). Chodzę teraz na terapię, i z perspektywy czasu widzę, że to co robiłem fotograficznie, to był mój obraz duszy, taki psychorysunki. Wydaje mi się czasem, że przez zdjęcia pokazujemy stan ducha, to, co Twoja podświadomość do Ciebie przemawia. Moja dziewczyna uświadomiła mi coś, czego nie potrafiłem nazwać, powiedziała: „Twoje zdjęcia są pozbawione człowieka, ale są niesamowicie naładowane symbolami, których ludzie czasem nie widzą, ale odczuwają ich obecność”. Ja tego nie zauważałem, wydaje się, że wyszukiwałem to podświadomie. Z człowiekiem zawsze miałem problem, tak wyrosłem, tak się ukształtowałem, nie mogłem zrozumieć dlaczego ludzie zachowują się w taki a nie inny sposób i nie mogłem zrozumieć, dlaczego tak niszczą siebie i swoje otoczenie. W związku z tym, jadąc w jakiś plener, nie chciałem go tam umieszczać, i jeśli jego obecność jest nieunikniona, to niech zdjęcie pokazuje paradoks jego obecności. To nigdy nie miała być afirmacja potęgi natury, tylko „odejście człowieka z tej natury”. Stan, w którym człowiek kiedyś zniknie i przestanie w nim funkcjonować.

Jeszcze inna historia, czyli „Toystories”. Zdjęcia, które wydałeś również w postaci albumu. To był przemyślany projekt?

To też zaczęło się od Zosi. Moja potrzeba fotografowania i pasja były bardzo silne, tak zwana chuć była olbrzymia. Pracując w tygodniu, fotografować mogłem tylko w weekendy, w naszej strefie klimatycznej niestety rzadko jest światło po godzinie 18. Więc to było tak: nagle: Eureka! Zosia ma tyle zabawek, przecież to też mogą być portrety! Zwłaszcza gdy nie mogłem fotografować ludzi, portretować ich, wtedy nie potrafiłem też jeszcze sprawnie wyszukiwać modeli, modelek, przekonywać ich, perswadować, że będą mieli świetne zdjęcia, dopiero się tego uczyłem. Więc odkryłem nową gałąź, możliwość realizowania się. Zosia ma dużo zabawek, mieszkałem wówczas przy lesie, więc szedłem sobie albo na podwórko albo do lasu, i ja z tymi zabawkami rozmawiałem (śmiech), najnormalniej w świecie: „podnieś rękę, przekręć nóżkę, o teraz fajnie wyglądasz”. Autentycznie realizowałem się jak podczas pracy z modelem czy modelką. To było tak, że jak jechałem robić znajomym portrety, automatycznie skanowałem ich pokoje dziecięce, w poszukiwaniu ciekawych rzeczy. Kiedyś u znajomych mojej siostry, znalazłem metalowy model latarni morskiej. Od razu w moim umyśle powstało skojarzenie: latarnia – najbliższy zbiornik wodny – Nieporęt. I następnego dnia jadę nad zalew Zegrzyński, pogoda mi sprzyja, bo jest pięknie mgliście, zakładam pierścień pośredni, żeby była mniejsza głębia, i później ludzie mi piszą, że dopiero po 15 minutach zorientowali się, że to oszustwo, że to nie jest prawdziwa latarnia!

Powiedz jeszcze na koniec, c
o radziłbyś młodym fascynatom klasycznej fotografii, tym którzy zaczynają od cyfry i pewnie nie zamierzają z niej rezygnować, ale chcieliby spróbować zabawy z aparatem średnioformatowym. Powinni zacząć od analoga 35 mm czy od razu biec do komisu i kupić używanego Pentacona Six?

Myślę, że niech lepiej idą już po tego Pentacona. Dlatego, że jeżeli już pracują z takim kadrem, mając aparat formatu 35mm, to nic im się nie zmienia, poza tym, że nie wyświetla im się ten obrazek na tylnej ściance. Mogą być rozczarowani, bo mają nawyk robienia wielu zdjęć i bardzo łatwo będą robić rolka za rolką. I wpadną w pułapkę. Widziałem to po sobie, będą robić po kilka, kilkanaście takich samych ujęć, czego nie zrobiliby, mając do dyspozycji tylko 12 klatek. 12 a 36 to jest drastyczna różnica. To będzie nowa energia, nowe rozdanie, nowy żywioł. Wezmą do ręki coś co tak naprawdę nie przypomina w ogóle aparatu. Niech patrzą przez ten kominek, nie przez wizjer, bo to będzie coś zupełnie innego. To nie będzie przebranie się w nowe ciuchy, to będzie dla nich kompletna nagość i nałożenie zupełnie innych szat.

DCP: Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Maciek Zieliński

Słowa kluczowe ,